Przejdź do głównej zawartości

Posty

Obywatelskie nieposłuszeństwo

Znowu po polsku, także ciągłość zostaje utrzymana. Tym razem przyjrzymy się płycie Zły obywatel od duetu  Nagłośnienie . Czy w drugiej połowie 2018 można jeszcze zarapować bez wodotrysków? A można. Panowie Tomasz Pacholczyk (Tommy Zvierz) i Oskar Stefański (Yogi d'Bear) są osadzeni w smutnym mieście Łódź. Może to dlatego ich krążek ma przedstawiać historię człowieka, który na skutek odrzucenia traci kontrolę nad swoimi negatywnymi cechami i zamienia się w tytułowego "Złego obywatela" (cytuję za Tomkiem). Nie, żebym się przywalał do swojego rodzinnego miasta, ale już nieraz widziałem równie przyjazne dla świata zespoły, które stąd wychodziły. Byłem ciekaw, co mogło wyjść z albumu, który łapie się pod gatunek eksploatowany obecnie na potęgę i u nas, i za granicą. Ostatnio widziałem plakat któregoś festiwalu hiphopowego i na rozpisce artystów znalazł się chyba każdy, kto mógł – od cholery nazwisk i ksyw, od dużych przez małe, w sumie kilkadziesiąt. O ilu z nich m...

Ona znowu chce się powiesić

Reedycja albumu nagranego w szafie. Surowa Kara Za Grzechy - czy na co dzień komuś to coś mówi? Dobra, gdzieś na pewno znajdzie się ileś takich osób. W szerszej pamięci został jednak Afrojax, tutaj obecny jak Jimmy Dean. O co chodziło z tym jednorazowym skokiem? Początek wieku XXI. Według tego, co można wyczytać z Bandcampu , Afrojax (Michał Hoffmann) prawdopodobnie był wkurwiony na to, że debiut Afro Kolektywu miał kiepską promocję. Ewentualnie po prostu chciał spróbować czegoś innego. Wraz ze Skarlett (Ulą Hołub), również związaną z AK, nagrali album mający być powrotem do lat 80., dekady, na której oboje się muzycznie wychowali. Tak powstało 1984 [+24] , czyli nieśmiałe, amatorskie naśladownictwo   dźwięków zapamiętanych z dzieciństwa , cytując Hoffmanna, oraz jedno z fajniejszych doświadczeń w moim życiu - punkowe okrzyki do wnęki w meblościance, gdzie stał mikrofon, jakieś zabytkowe komiksy i stare zdjęcia... no i wyjątkowo cierpliwi rodzice za ścianą , idąc za...

Miękkie piersi, twarde narkotyki

Nagle znikąd pojawia się nowa płyta  Taco Hemingwaya , czyli Café Belga . Tym razem nasze zdania były podzielone, więc tekst będzie w formie dialogu, rozmowy, a nie zwykłej recenzji. I to tak samo niespodziewane, jak i samo wydawnictwo. Dwaj piękni i młodzi mężczyźni z Warszawy postanowili odsłuchać nowego Filipa Szcześniaka, znanego raczej jako  Taco Hemingway . Jednemu siadło, drugiemu niezbyt. I teraz rodzi się pytanie - jak o tym napisać, gdy obaj mają swój udział na Odbiorze? Odpowiedź jest dość prosta. Można wejść w polemikę. Można było też upublicznić dwa niezależne od siebie teksty, lecz po bardzo długiej (jakaś minuta) naradzie postanowiliśmy pójść raczej w tę stronę. SMOQ Zacznijmy od tego, że obaj sądzimy, że TACONAFIDE to szajs. Po prostu nijak nie wchodzi, no i na to nie ma rady. Jakkolwiek mi Szprycer czy Wosk  weszły, za to Marmur czy wychwalana Umowa o dzieło już niezbyt. Co do Trójkąta warszawskiego raczej się zgadzamy, że był sztosem li...

Rzuciłem palenie

Lipcowe świeżynki rozpoczynają się dla Odbioru zdecydowanie wakacyjnie. Najpierw Foghorn, na podróż lub odludzie, a teraz trio Dym ze swoim debiutanckim albumem Czerwone usta . Wyjątkowo między tekstami – płyta przede wszystkim akustyczna. Ciekawe są koleje losu. Na  fanpage'u  zespołu możemy przeczytać, że cały skład Dymu można było poznać już wcześniej przy różnych okazjach, łączy ich natomiast granie jako 3/4 składu Patrick the Pan. Byłem na paru koncertach tegoż, we Wrocławiu na Męskim Graniu oraz w Krakowie, lecz od tych dni minęło już sporo czasu. Pojawiła się też taka płyta, odstająca klimatem od znanych mi wcześniej.  Panowie jako źródła inspiracji wymieniają VooVoo, Raz Dwa Trzy i Toma Waitsa. Sam dodałbym jeszcze częściowo choćby Organka czy side projecty Waglewskiego. O ile podczas słuchania dość oczywiste wydają mi się te dwie pierwsze, tak wokalnie Kuba Duda od Waitsa różni się ogromnie ze swoim czystym i łagodnym głosem. Mimo takich łatwych do o...

Korona (ta polska, nie czeska)

Opus Elefantum Collective znam dzięki całemu składowi Vysoké Čelo i solowej twórczości Janusza Jurgi, skądinąd bardzo szanowanej. Można z łatwością stwierdzić, że  Foghorn   wpisuje się swoim debiutanckim  albumem Corona  w program labelu. Ale warto też spytać, czy udało się uciec od kalki? Radiostacja Corona nadaje w siedmiu odcinkach, z czego najdłuższe są pierwszy i ostatni. Bydgoski prezenter, Tomasz Turski, od początku stawia sprawę jasno, ukazując rozciągłość gatunkową albumu: od delikatnego plumkania na gitarze do noisowych ścian dźwięku. Brzmi interesująco? To płyta nocna, ewentualnie na mglisty dzień. Spieszy się rzadko, nawet gdy hałasuje. Nie sposób nie zauważyć akcentów przywodzących na myśl album  Űrutazás , momentami nawet w sposobie prowadzenia kompozycji. A i to poniekąd dzięki gościom w postaciach Zguby (blackmetalowy projekt Widziadło) i Jurgi. Tu jednak jest bardziej wokalnie i mniej tłoczno realizacyjnie, bardziej za to kameralnie...

Keep talkin', my friend, keep talkin'

Ledwie kilkanaście godzin temu zakończył się ciekawy gig, mianowicie  NO LIMITS  w klubie  Metronom . Skład był głównie raperski, zakładam, że sporą część możecie znać, jeśli kojarzycie młodych chłopaków z warszawskiej sceny. W kolejności występowania:  TomczyTom , PiusX , Eske , MopS i Palewave . Tym razem wypowiemy się obaj. Siadam o godzinie 6:20 naprzeciwko budynków byłej ambasady radzieckiej przy ulicy Sobieskiego w Warszawie. Jest jasno, wczesny ranek, w słuchawkach gra album Idiot Iggyego Popa. Odbyłem dziś całkiem sporo ciekawych dyskusji, tych muzycznych i tych nie do końca. To była długa noc. Nieważne. Metronom  znajduje się w centrum, przy znanej już z  jednego tekstu  ulicy Chłodnej, lecz tym razem pod numerem 35/37. Ma całkiem przyjazny ogródek, w którym jest gdzie usiąść podczas przepinek między koncertami. W budynku znajdziemy salkę na parterze, w niej bar, a na piętrze kolejne pomieszczenie, tym razem ze sceną. Bar...

Mała Lady Punk po latach

Po trzydziestu pięciu latach od wydania pierwszej płyty Lady Pank  pojawia się w niestandardowych wersjach. Do wykonania partii wokalnych zaproszono gości z różnych sfer aktualnej polskiej sceny okołorockowej. Tak powstało LP1 , czyli rzecz warta przesłuchania. Gdy zobaczyłem LP1 w nowych wydaniach na Spotify, przewróciłem oczami. Kolejna reedycja, albo, co gorsza, ponowne nagrania po latach. Grunt, że nie nowa płyta. Zajrzałem jednak, by się zorientować, co można znaleźć na trackliście, i miło się zaskoczyłem, widząc nazwiska kojarzące się w większości pozytywnie. Postanowiłem przesłuchać całość, ale później. W sobotę 16 czerwca w Trójce leciał wywiad Piotra Metza z Janem Borysewiczem. Kto czytał tekst o płycie  Zalewski śpiewa Niemena , ten zna moje podejście do wspomnianego dziennikarza, a raczej do jego stylu, bo merytorycznie nie zamierzam niczego odejmować. Nie określam się jako fan Lady Pank, więc z rozmowy dowiedziałem się paru ciekawostek, jak choćby ...

Rzuć to wszystko, co złe

Shiny, shiny, shiny boots of leather... Opowieści o  wręcz  legendarnej scenie punkowej nie brakuje. Dużo z nich zbiera w całość książka Legsa McNeila i Gillian McCain, Please kill me; punkowa historia punka , w równej mierze kreując obraz walczący z romantyzowaniem swoich bohaterów, co podtrzymując wspierający je mit.  Skąd w ogóle ją wziąłem? Polska wersja wyszła dopiero w tym roku w marcu (gdy pierwsze wydanie oryginału ukazało się w... 1996!), trafiłem na nią na jednym z blogów muzycznych. Gdy już dostałem Please kill me  w swoje ręce i zacząłem czytać, nie mogłem się oderwać. Autorami są Gillian McCain, kanadyjska poetka, oraz Legs McNeil, jeden z ojców założycieli słynnego zinu Punk , mocno powiązanego z rozwojem ówczesnej sceny, praktycznie prekursora dotyczącej jej prasy. W posłowiu możemy się dowiedzieć, jak wyglądał ich proces twórczy w wypadku Please... - wybrali setki wywiadów autorstwa wielu dziennikarzy, a po przebraniu rz...

Gdy nie ma dzieci w domu

Dzień Dziecka, rok 2018. W VooDoo Clubie zagrało pięć młodych zespołów, po kumpelsku i bez spiny. Frekwencja dopisała, obsuwy były do przeżycia, muzyka zdała egzamin. Wystąpili TouRREttE , Red Cape Wolf , Club , My Own Wasteland i MopS . Pewnego majowego poranka dowiedziałem się, że kumpel zamierza zorganizować takie wydarzenie. Coś tam, zapraszamy znajome zespoły, coś tam, wpadną ziomki. W sumie wszystko miał już dogadane, trzeba było tylko porozgłaszać wśród ludzi i czekać na Dzień Dziecka. Tak też się stało. W dodatku zostałem bramkarzem. Zaczęło się trochę po czasie ze względów organizacyjnych. Na pierwszym koncercie, czyli Tourrette , było już trochę widowni, ale większość miała dopiero nadejść. Zagrali w standardowym składzie: bas, gitara, perkusja, wokal; ich stylistyka jest, w skrócie, rapcorowa. Mnie nie do końca przekonują, choć wydaje mi się, że to głównie sprawą wokalu, którego po prostu nie trawię, w przeciwieństwie do instrumentalu, ale za to do spółki z teks...

Wake up, Mr. West

Chyba jest już tradycją, że każdemu nowemu wydaniu self-titled geniusza i zbawcy świata towarzyszy nakręcona przez niego medialna burza. Chociaż jeśli szum wokół The Life of Pablo nazwać burzą, to teraz byliśmy świadkami huraganu. I oto jest Ye. Ale czy Westowi znów udało się wyjść z całego tego zamętu obronną ręką? Pomijając konflikt z Taylor Swift, rzeczy towarzyszące premierze ostatniego albumu Kanyego Westa w 2016 były z dzisiejszej perspektywy nad wyraz lajtowe. Nikt już nie pamięta tego całego burdelu. Teraz może być inaczej. Słowa poparcia dla obecnego prezydenta USA i innych, jeszcze skrajniej prawicowych postaci, które Yeezy ostatnimi czasy wyrażał, były tylko początkiem. Potem mamy wywiad w TMZ, w trakcie którego muzyk powstał i zaczął przemawiać do całej redakcji, a także rzucił stwierdzeniem że "niewolnictwo było wyborem". Gdy ludzie oczekiwali wyjaśnień, na singlu Lift yourself Kanye odpowiedział im tak: Poopy-di scoop Scoop-diddy-whoop Whoop-d...

Woda za progiem

Gdy nie do końca trawi się metal, można mieć problem z odpowiednim odbiorem albumów tego typu. Potem nagle pojawia się płyta, która balansuje na granicy różnych gatunków, wprowadzając ostrzejsze smaczki wraz z nimi. Dziś słuchamy albumu Czarna woda zespołu Alameda 4 . Wyobraźcie sobie tygrysa, który siedzi w zaroślach, czając się na zdobycz. W pewnym stopniu panuje półmrok, który wam przyćmiewa wzrok, ale on widzi wszystko doskonale. A potem nagle haps – zwierzę bez ostrzeżenia łapie ofiarę w szpony i wgryza się w nią ze smakiem. Tak pokrótce oceniłbym moje wstępne odczucia związane z Czarną wodą , albumem składu Alameda 4 , skądinąd ogólnie bardzo interesującego. Bo posłuchajcie sobie singla od Alamedy 5, gdyż właśnie o nim mówię w tym kontekście. Trochę inny styl, nie? Co ciekawe, został on wydany trzy tygodnie przed premierą LP będącego tematem dzisiejszego posta. Ale ale, przejdźmy do treści. W skład czwartej inkarnacji zespołu wchodzą Tomasz Popowski (perka), Mikołaj...