Przejdź do głównej zawartości

My znowu dziś ponad chmurami, cz.3


Większość relacji mamy już za sobą. Trzeci dzień OFF Festivalu 2019 był najmniej obfity liczbowo, ale czy jakościowo? O tym niżej. Zapraszam na ostatnią część z tego tercetu tekstów, a w ramach niej na koncertowe i towarzyskie podsumowanie wyjazdu.

Za nami dwadzieścia sześć odwiedzonych występów. Pora na ostatnie siedem. Nie wiem, z czego wynika ta zmniejszająca się liczba, może to wytracanie impetu, może zmęczenie, a może kwestia line upu. A może wszystko na raz. Ale luźniejsze tempo mi nie przeszkadzało, nadrabiałem z nawiązką towarzystwem, a oprócz tego ostatecznie nie przesyciłem się koncertami. Dobra, do rzeczy.


Wreszcie mogę wrzucić numer, z którego wziąłem tytuł dla tych trzech postów. Tuzzę szanuję za bycie jednym z niewielu przykładów dobrego wykorzystania autotune'a przez polskich raperów. Ich muzyka wchodzi dobrze na imprezach na Białołęce. Czy jestem fanem, czy znam ich tracki na pamięć? To pierwsze określenie byłoby na wyrost, a to drugie mija się z prawdą w stu procentach. Z tego powodu mogłem nie czuć aż takiego hype'u, jak co poniektórzy. Koncert był zatem całkiem spoko, na żywo wychodzi to ładnie, ale nie zaliczyłbym go w poczet najlepszych. Nie jestem nawet w stanie zbyt dużo napisać.

Po tym były Entropia i P.Unity, ale nie byłem na żadnym, bo skoczyłem na piwo. Słyszałem co nieco ze Sceny Leśnej, ale nie powiedziałbym, że jakkolwiek mocniej się na tym skupiłem. Niedługo później trzeba było wybrać między Babu Królem a Wczasami, więc - mimo sympatii do Budynia - wybrałem synthpopowy duet. Gdy około rok temu wyszła ich płyta, byłem pozytywnie nastawiony. Dwa tygodnie temu słyszałem od osoby, która była na ich łódzkim koncercie, że nie za bardzo jest się czym ekscytować. Dlatego ponownie: słuchałem, tyle że spoza namiotu Sceny Trójki, spod drzewa. Naczytałem się po festiwalu, że było super, dlatego może trochę żałuję. Ale tylko trochę.


Tu miałem pewien kłopot, ale trochę innej natury niż zwykle - nie mogłem zdecydować, który numer Trupy Trupa wrzucić. To o nich pisałem dwa dni temu, że byli tym lepszym reprezentantem Sub Popu. Ale to był występ! Zdania na ten temat są, co prawda, nieco podzielone, ponoć pierwsza połowa koncertu była średnia, ale co do drugiej wszyscy chyba się zgadzamy, że była zajebista. Ja akurat byłem podjarany od początku, choć studyjnie nie czuję aż takiego afektu. Ponoć TT gra dość często, więc pewnie jeszcze się spotkamy. Liczę na to.

Szkoda, że w tym samym czasie był koncert Hani Rani. O ile wczoraj pisałem, że Tęskno wprowadziło atmosferę piknikową, to na tę wersję muzyki pianistki chciałbym pójść, bo jej Esja jest cudna. Szkoda, że miała tak mocną konkurencję. Bez bicia natomiast przyznam, że nie sprawdziłem niczego od Moriah Woods, więc nie miałem nawet w planach.


W następnej godzinie z różnych powodów musiałem się wybrać na pole namiotowe, więc niestety ominął mnie cały występ Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", jak i soulowy Mac DeMarco, czyli Phum Viphurit. Dźwięki z tego drugiego częściowo dochodziły do uszu i tyle mi wystarczyło.

Potrzebny był zapas energii, bo zamiast Octaviana ponownie zagrali Bamba Pana & Makaveli. Ogłoszony na szybko koncert był spowodowany chorobą planowanego muzyka, ale myślę, że zastępstwo nadrobiło tę stratę z nawiązką. O ile dzień wcześniej nie byłem w humorze na footwork o prędkości miliona BPM, to tym razem się wybrałem. I co? I, cholera, tym bardziej żałuję ominięcia ich performansu na Scenie Eksperymentalnej. Obaj muzycy byli pełni energii i zostali za to nagrodzeni pełną entuzjazmu reakcją publiki, w tym mnie. Wiem, że grali w tym tygodniu w Warszawie w ramach Lada w Mieście - pewnie też był ogień. Jeśli ktoś z czytających był, to dajcie znać, czy mam rację.


Naczytałem się, że Stereolab było wspaniałe, cudowne, och, ach. Nie wiem. Byłem od samego początku niemal do końca, ale zupełnie nie rozumiem tych zachwytów. Być może za bardzo miałem już w głowie potrzebę następnego koncertu z listy, może dlatego ten wydał mi się taki... nieporuszający. A może po prostu to nie dla mnie.

Tyle, że - zgodnie z sugestiami niejednej osoby - po Stereolab grali Daughters. O. Ja. Pierdolę. Rzuciłem na szybko, że ten występ to była próba morderstwa i teraz podtrzymuję swoje słowa. Tak intensywne, emocjonujące i emocjonale koncerty to coś, w co ledwo jestem w stanie uwierzyć. Jeśli dzień wcześniej Electric Wizard było walcem, to Daughters należy się status Wielkiego Zderzacza Hadronów. Niesamowicie charyzmatyczny lider, ściana... nie, nie ściana - raczej huragan dźwięków, dziki mosh pit.

Po czymś takim nie było szans, żebym rozkochał się w Suede. Trzeba przyznać, że zagrali solidny koncert, są w formie, o jaką bym ich nie podejrzewał. Mimo tego - hardrockowe, cockrockowe gitary i przesadna egzaltacja lidera, nudząca się już w okolicach połowy drugiego numeru z setlisty... Dla mnie było w tym trochę za dużo pajacowania, niestety. Ale może taka natura koncertów stadionoworockowych, choć spodziewałem się raczej brit popu. Z drugiej strony cieszę się, że widziałem na żywo zespół, którego kasetę z debiutancką płytą niemal już zajechałem.


I to by było na tyle, jeśli chodzi o poszczególne koncerty z tegorocznego Offa. Część pierwsza tutaj, część druga tutaj

Trzeba natomiast napisać o bardzo ważnym aspekcie całej imprezy, czyli o czynniku społecznym. Otóż nie bawiłbym się nawet w części tak dobrze, gdybym nie spędził czasu z tyloma świetnymi ludźmi. Niemal każda z wymienionych przerw na piwo czy gastro, niemal każde siedzenie na trawie - zostały spędzone w towarzystwie. Mowa przede wszystkim o nowych ziomalach z Radia Aktywnego (odsyłam do słuchania audycji, np. Acoustic Vibe czy Atrocity Exhibition) oraz o ekipie powiązanej z Interwydziałową Cieplarnią Muzyczną (daję też dodatkowe linki do Dezynwoltury i Kabaret Końpostingu). Ponownie spotkalem się też z Mateuszem z Wytwórcy nadmiernego smutku. Biorąc pod uwagę, ile jeszcze osób gdzieś tam mi mignęło z daleka lub których relacje czytałem - tak, OFF Festival to zjazd blogerów/adminów pejów (niewygodne ujednoznacznienie, nie?).

Mam nadzieję... nie, ja jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się. Zatem do zobaczenia za rok, tym razem spróbuję kupić early birdy. Teraz pora wrócić do zakatowywania głośników nową muzyczką, przynajmniej w przerwach od pochłaniania od nowa repertuaru ostatnich dni.

Smoq
PS. Tytuł, jak wyżej napisałem, stąd.

Komentarze

Najczęściej czytane

Porządek publiczny to przecież wasza sprawa

Nie brakowało okazji, by usłyszeć o Fontaines D.C. . Dubliński skład wydał właśnie swój pierwszy longplay, poprzedzony kilkoma singlami. W zeszłym roku zagrali na katowickim Off Festivalu, oprócz tego dopisuje się ich do brexticore'u. Dziś słuchamy albumu Dogrel . Dobra, ale czym właściwie jest ten cały brexitcore? Nietrudno się domyślić po nazwie: to muzyka powstała na fali komentarzy na temat Brexitu oraz całej sytuacji społeczno-politycznej, która do niego doprowadziła. Bywa, że hasło "muzyka zaangażowana" zdaje się być naiwne, dziś rzadko kiedy się ona zdarza, a jeśli nawet – raczej bywa wyśmiewana. Przynajmniej w sytuacji naszego nadwiślańskiego kraju – gdy VooVoo lub inne trójkacore chce mi w 2019 roku przekazać cokolwiek o buncie czy obywatelskim nieposłuszeństwie, ogarnia mnie pusty śmiech. Niech wypierdalają z tymi swoimi miękkimi fotelami, w których siedzą. Sam też siedzę w ciepłym i wygodnym pokoju, ale w swoim buncie mam jeden przywilej, którego im już...

Każdy chciał mi coś doradzać, ale ja mam swój pomysł

  Cudne były wczoraj The Last Dinner Party . Widziałem je mniej więcej półtora roku temu, choć akurat nie na Inside Seaside, a za granicą, i już wtedy ich charyzma, prezencja sceniczna i radość mi się udzieliły. Tym razem jednak miały już na koncie dwie płyty, a przede wszystkim czas na pełny set, dziewiętnaście numerów, odpowiednio 11 z nowego krążka i 8 z poprzedniego. Dwie godziny grania – i to najuczciwszego z możliwych, na wiele głosów i szereg instrumentów (w tym mandolinę i keytar). Może tylko setlistę można było ułożyć nieco inaczej, żeby nie zmieniać co chwilę gitar. Ta czasówka nie wzięła się znikąd, bo Abigal jest MEGA gadatliwa, kontakt z publicznością należał do tych maksymalnie serdecznych. Na scenie pojawiły się dwie polskie fanki, które zatańczyły do This Is The Killer Speaking , w którym zresztą raz przed refrenem zamiast "good morning" padło "dzień dobry". Pojawił się transparent "welcome back queen Jadwiga" odczytany ze sceny ze zdziwien...

Underneath all the thundering there's magic

Powiem wam, że zespoły zespołami, ale ja naprawdę uwielbiam Fontaines D.C .  Odkąd usłyszałem ich surowe demówki jeszcze przed Dogrel aż do chwilowych wątpliwości w kwestii upopowienia brzmienia – jest to po prostu kawał grania z sugestywnymi tekstami. Pomaga im też świadomość ograniczeń wokalnych, mimo że ewidentnie jest coraz lepiej, to studyjnie nie ma tu żadnego wstydliwego momentu. Cały czas za to żałuję, że nie wybrałem się do cholernego Pogłosu na ich koncert na względnym początku kariery. I tak słucham sobie punkowego w duchu Big czy Too Real , stadionówek w rodzaju Bloomsday czy In The Modern World , potem dość łagodnych pioseneczek jak Jackie Down The Line albo Favourite i każda z takich szufladek zostaje szybko przełamana, na Dogrel też są uśmiechy w stronę przebojów, na Skinty Fia grube klamry w postaci In ár gCroithe go deo i Nabokova , a na Romance chociażby potężny Death Kink . Z A Hero's Death muszę się w końcu przeprosić, bo to dobry album, ale cały czas...