Cudne były wczoraj The Last Dinner Party. Widziałem je mniej więcej półtora roku temu, choć akurat nie na Inside Seaside, a za granicą, i już wtedy ich charyzma, prezencja sceniczna i radość mi się udzieliły.
Tym razem jednak miały już na koncie dwie płyty, a przede wszystkim czas na pełny set, dziewiętnaście numerów, odpowiednio 11 z nowego krążka i 8 z poprzedniego. Dwie godziny grania – i to najuczciwszego z możliwych, na wiele głosów i szereg instrumentów (w tym mandolinę i keytar). Może tylko setlistę można było ułożyć nieco inaczej, żeby nie zmieniać co chwilę gitar.
Ta czasówka nie wzięła się znikąd, bo Abigal jest MEGA gadatliwa, kontakt z publicznością należał do tych maksymalnie serdecznych. Na scenie pojawiły się dwie polskie fanki, które zatańczyły do This Is The Killer Speaking, w którym zresztą raz przed refrenem zamiast "good morning" padło "dzień dobry". Pojawił się transparent "welcome back queen Jadwiga" odczytany ze sceny ze zdziwieniem, życzenia urodzinowe po polsku, flaga z nadrukowanymi podobiznami dziewczyn, był rzut szalikiem i stanikiem z publiczności. Śmiesznie, wesoło.
A do tego, co ja Wam mogę na to poradzić, bardzo lubię ich piosenki, zarówno z Prelude to Ecstasy, jak i z From The Pyre. Ta druga jest mniej hitowa, czerpie z rocka psychodelicznego, z gotyku, z prog-rocka też. Do tej muzyki pasują też ich stylówki, crossoverowo tradsowe, trochę suknie balowe, a trochę alpejskie mleczarki, a obok tego minispódniczki, nowoczesne fryzury i buty na platformach. To się ze sobą klei.
Ich warszawski koncert co prawda się nie wyprzedało, ale liczę na to, że tak ciepłe przyjęcie zachęci je do szybkiego powrotu – będę czekał.
Smoq
PS. Tytuł stąd.
Komentarze
Prześlij komentarz