Przejdź do głównej zawartości

Lubisz boksik?

OFF Festival jaki jest, każdy widzi. Co roku grupka fanów zastanawia się, czy line up w sumie okazał się super, czy może jednak beznadziejny, czy jeden hydrant wystarczy dla wszystkich i ile razy uda się zrobić Arturowi Rojkowi zdjęcie z przyczajki. I wszystkie te zabawy są fajne, ale pogadajmy o koncertach. Bo - jak zwykle - jest o czym.

Do tego posta powstawiałem trochę świeżych linków z amatorskich nagrań, więc nie zdziwię się, jeśli coś spadnie. Wstęp może być w zasadzie taki sam, jak co wakacje - dyskusji o repertuarze było sporo, w tym roku przeważało kwestionowanie headlinerów, sceny One Up Tiger, obecności Johna Mausa i Otsochodzi. Dodajmy do tego, że akurat na weekend pogoda się załamała, że nie dojechał saksofonista zespołu Maruja, a gitarzysta Hotline TNT spadł ze sceny i złamał nogę, a ktoś pomyśli, że było słabo. No więc nie było - o to, zdaje się, nie trzeba się martwić.

W tym roku byłem na OFFie nie tylko prywatnie, ale przynajmniej w części służbowo, więc w najbliższym czasie będzie można posłuchać kilku wywiadów; w momencie pisania mowa o Zachwycie, Dominice Płonce oraz projekcie Śpij już stary, który z duetu rozrósł się do kwartetu. Może dojdzie do jeszcze jednego, już w formie online, ale o tym póki co sza, nie ma co zapeszać. 

DZIEŃ PIERWSZY

Zacząłem od wywiadów, więc pierwszym koncertem, na jaki wpadłem, był występ English Teacher. Wciąż świeże odkrycie z Wielkiej Brytanii, tegoroczni debiutanci z albumem This Could Be Texas, którego najbardziej charakterystycznym elementem jest chyba wokal Lily Fontaine, kompozycyjnie mogłoby być ciekawiej. Fajne, trochę pokomplikowane indierockowe piosenki, na których nie zostałem do końca, bo chciałem zdążyć na akustyczny set Dominiki Płonki i Gabi Cichy. Słyszałem go kilka miesięcy temu w domku na Jazdowie i tym samym wiedziałem, czego się spodziewać. Trzeba jednak dodać, że tym razem jedna klawiatura wystarczyła, więc nie było żadnych potknięć, a aranżacje pokazały, że nawet uk garage da się w ten sposób przetworzyć i kwalifikowanie tych piosenek jako "takiego tam popu z majorsa" to wielka krzywda. O popie zresztą jeszcze dziś będzie.

Kaza mogłem posłuchać chwilę dla beki, ale dłużej niekoniecznie - publiczność nie do końca współpracowała z rapowaniem co piątego słowa, może fanów było jednak za mało. Co dziwi, bo byłem przekonany, że to akurat artysta popularny w banieczce. W następnej kolejności nadszedł czas pierwszego poważniejszego wyboru, czyli Nourished By Time albo Alice Longyu Gao. Trafiłem na słodziakowy c-popowy występ z paroma niedociągnięciami wokalnymi, ale osoby, która przez cały czas skacze po scenie, nie mogę winić za zadyszkę. Miło, że harfa pojawia się na żywo; miło, że Alice była ewidentnie podekscytowana pozytywnym odbiorem. I dobrze, niech się darzy, bo energia biła ze sceny.


Czekając na grającą w niedzielę Siema Ziemię odpuściłem TAXI i wybrałem się na Sevdalizę. Tak oto mamy jeden z występów, który trafia do mojego osobistego top 3. Oczekiwania publiczności były różne, nie wszystkim podobał się popowo-latino-imprezowy repertuar, ale dla mnie był wręcz idealny. Sam lubiłem wcześniej przede wszystkim Ride or Die pt. 2, a i to za sprawą featów, a nie gospodyni, więc zostałem zaskoczony - jakością wykonania, ruchem, brzmieniem. Żywa perkusja i synth dodały sporo. Ale fakt faktem - parę lat temu pewnie nie byłbym zainteresowany, więc to doskonały dowód na ewolucję gustu.

Zespół Brutus częściowo widziałem w tym roku na Primaverze i wtedy poczułem, że przegapiłem coś wielkiego. Nie mogło być inaczej - to numer trzy na liście moich ulubionych koncertów OFF Festivalu 2024. Emocjonalna muzyka, zagrana z pięknym wyczuciem, przeszywająco wyśpiewana w strugach deszczu. Nie do podrobienia, kto nie wierzy, niech zobaczy poniżej. Ale przyszła kryska na matyska, bo mimo że jarałem się ogłoszeniem Imperial Triumphant, to na koncercie ostatecznie byłem tylko przez moment - nie miałem siły. Ona wróciła po pit stopie, ale wtedy z drugiej strony - Hagop Tchaparian postanowił grać w miarę łagodnie, więc było ładnie, ale trochę się wynudziłem. Jeśli chodzi o George'a Clantona, to mam wrażenie, że padam ofiarą psyopu albo że trafiłem na nie ten koncert, bo zewsząd spływają zachwyty, a jak dla mnie ani to brzmiało, ani wyglądało, a flex na mefedron tylko podbijał to przekonanie. No cóż.

DZIEŃ DRUGI

Najpierw szybki check Seweryna, którego względnie niedawno widziałem, ale tym razem grał solo - super, że miał tu swoje miejsce, bo należy pamiętać, że niezal to też chłopięco-naiwne bedroomowo-indie piosenki. Następnie: przygotowanie do ostatniej radiowej rozmowy, czyli koncert Śpij już stary. Jan Bąk i Bogdan Sękalski nagrali tę epkę we dwóch, ale koncertują z Jasiem Dąbrówką na perkusji i MOOGu oraz Magic Pepem na akordeonie i gitarze, więc na żywo materiał brzmi lepiej niż niegdyś, pojawiają się płynne przejścia między utworami, jest dobrze. Ukłuciem rozczarowania był brak Pawła Stachowiaka podczas koncertu Siema Ziemi, a pojawienie się Łony w utworze Pan Darek ni mnie grzeje, ni ziębi, bo z TAXI wolę instrumentale, natomiast większość publiczności była zdecydowanie za. Co tu dużo mówić, płyta Second jest jednym z moich ulubionych wydawnictw ubiegłego roku, a chłopaki grają na raz precyzyjnie i z wczutą w klimat. Wesoły i sympatyczny był list od grających w tym samym czasie Klawo, których już wcześniej widziałem. Po tym nastąpiła przerwa, a po niej - świadome pominięcie Johna Mausa i zajrzenie na Tank and The Bangas, być może jeden z najlepszych wokali na całym festiwalu. Jeśli niektórych od soulu odrzuca pompatyczność i popisy, tu usłyszy szczegóły, szczególiki, akcenty, dopowiedzenia, sporo funku, wszystko w pełni skillowe i na luzie. 

WaqWaq Kingdom budzi we mnie skojarzenia z Bamba Pana & Makaveli sprzed kilku lat. I to nie tylko dlatego, że to rave'owo-tribalowy bass, ale też dlatego, że było to intensywne doznanie live, a po OFFie nie bardzo mam ochotę wrócić. Potem przez kilka kawałków byłem na Baxterze Durym i zdecydowałem, że to nie dla mnie - rozumiem cohenowsko-barowe linki, emocje i zaangażowanie, mi po prostu nie kliknęło. Ale nie ma tego złego, bo przed nami najlepszy slot tegorocznej edycji, czyli Les Savy Fav i Moonchild Sanelly. Wariactwo Tima Harringtona będzie wspominane przez lata - wystarczy powiedzieć o bieganiu w samych gaciach, kradzieży śmietnika czy dotarciu z mikrofonem aż do strefy gastro, a to i tak nie wszystko. Nie każdy artysta gra potem z uczestnikami we flanki, mnie tam jednak nie było, bo wybrałem Scenę Eksperymentalną i future ghetto funk z RPA. No i moi drodzy i drogie - to kolejny przykład brzmienia, przy którym kilka lat temu bym się nie zatrzymał, bo wtedy nie słyszałem jeszcze o amapiano, a dancehall i R&B były poza moimi rejestrami. Obawiałem się też tzw. muzyki z laptopa i odgrywania numerów. W zamian dostaliśmy podkręcone basowo instrumentale kontrolowane przez Ashwina Bosmana, niesamowicie sprawny performance, w tym taniec ich obojga, podniesiony do imentu poziom horniness, a na koniec zaproszenie kilkudziesięciu osób na scenę. Dodajmy do tego absolutnie oszalałą publikę i mamy przepis na sukces.


Po tym, co tam widziałem, musiałem dać głowie się przewietrzyć, więc Grace Jones słyszałem z kocyka. I tu powiem otwarcie: i tak się nie wybierałem, bo nie zamierzam udawać, że znam i lubię jej twórczość, a oglądanie legendy dla oglądania legendy nigdy mnie nie pociągało. Nie zaniżam jej wartości, nie krytykuję, zwyczajnie nie jestem zainteresowany. Na ogromny szacunek zasługuje za to jej forma wokalna i fizyczna, a przy okazji po dwóch latach miło było ponownie usłyszeć Nightclubbing, które w tym samym miejscu grał przecież Iggy Pop. Wieczór zakończyłem z ładnymi piosenkami Zimmer90 - takimi akurat na playlistę albo pod TikToka, bez zasłuchiwania się.

DZIEŃ TRZECI

Na tym etapie już trochę zwała. Spanie na polu namiotowym w deszczu i zimnie nie przebacza, niedbanie o dobre żywienie też. Mimo to widziałem całe Dłonie, które przez długość slotu zagrały jakieś trzy, może cztery numery. Zawsze dobrze ich widzieć, bo to songwriting najwyższej próby, bez zadęcia Piwnicy pod Baranami, bardzo domowy. Na Hoshii byłem po raz pierwszy, mimo że sam projekt śledzę od początku. I tu została złamana obietnica braku Franka Warzywa na scenie, bo najnowsza live sesja hoshii to Kup warzywa, które trafiło już dziś do sieci, więc tu pojawiło się jeszcze niespodziankowo. Poza tym - świetny, precyzyjny występ. O Marujy wspomniałem na początku, ale powinienem dodać, że zespół zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby to nadal był gruby koncert, a przemoc i prężenie odwodnionej klaty było jedynym rozwiązaniem. Saksofon stanowi jednak zbyt ważny element ich postpunkowo-postrockowego brzmienia, żeby w pełni się to udało, ale doceniam charyzmę i starania, więc bawiłem się dobrze i chętnie powtórzę spotkanie w nieuszczuplonym składzie. 

Hotline TNT, gdy jeszcze grało, brzmiało jak skrzyżowanie Lochów i Smoków z Blink-182, z naprawdę kiepskim wokalem, więc wyszedłem przed wypadkiem gitarzysty. Być może wrócą za rok, tego im życzę, ale nie pójdę. Glass Beams zostało skrzywdzone przez październikową aurę, bo im należy się Sahara. Mimo tego dowieźli psychodeliczny instrumentalny rock z hinduskim brzmieniem sitaru, który rozgrzał mnie na tyle, na ile mógł. Efekt pogłębiają ich maski i stylówki. Czekam na więcej! Dalej pojawił się kolejny clash, czyli noisowo-techno-popowa Debby Friday i spokojne, poruszające Puma Blue. Szkoda było mi wyjść ze Sceny Leśnej, ale bangerowo zostałem już zaspokojnony, więc poszedłem się pokiwać. Podobnie jak z Imperialami, ekscytowałem się ogłoszeniem Furii, ale i tu zabrakło już bateryjek. The Alchemist & Boldy James dowieźli, co mieli, czyli naprawdę przyzwoity rapowy koncert w bardziej tradycyjnym stylu. Model/Actriz za to również postanowili przeciągnąć mikrofon po całej publiczności, nahałasować, nakrzyczeć, dla niektórych osób z pewnością będzie to topka. Nie dziwię się. The Blaze grali bezpiecznie i kocykowo, więcej słów nie mam. W Mount Kimbie miejscami nie zgrywał się wokal i w ogóle wyszedł z tego koncert na dobicie, bo rok temu festiwal żegnałem z Mind Enterprises i czułem się podniesiony na duchu, a tu wręcz przeciwnie, natomiast pustek pod Leśną nie było, więc występ uznaję za udany. Spędziłem też moment na Orbit, który brzmiał pięknie syntezatorowo, ale ponownie - brakowało sił.

I tak to było.

Kto widział już post na IG ten wie, że na tegorocznym OFFie ostatecznie bawiłem się gorzej niż rok temu, ale nie widzę w tym winy lineupu, nie widzę w tym winy uśmiechniętego marketingu dla gen-z, nie widzę w tym nawet winy pogody. Życie ostatnio jest trochę intensywne, był to mój trzeci festiwal w ciągu trzech tygodni, po drodze też chodzę na koncerty, więc chyba po prostu byłem przebodźcowany. Stąd sporo dziur i za mało entuzjazmu.

Na co liczę w przyszłym roku? Na opuszczenie artystów pokroju Adisza, Otso i sceny One Up Tiger, bo interesują zbyt małą część publiczności, by zajmować sloty ciekawszym wykonawcom. Nawet Kazek nie uciągnął. Niezmiennie życzyłbym sobie powrotu baniaków z wodą, by odciążyć ten nieszczęsny samotny hydrant. Na polu namiotowym mogłoby być więcej tojków. Tyle jako uczestnik. A jako dziennikarz - bardzo chciałbym poznać decyzję o akredytacji wcześniej. Przydałaby się też wiedza o koordynatorach prasowych przekazana w jakikolwiek inny sposób niż poprzez wywieszenie kartki przy wejściu do strefy mediów. Bo te dwa fakty w połączeniu sprawiły, że nie podjąłem się żadnego zagranicznego wywiadu w trakcie festiwalu. Na emisję czekają w tym momencie trzy polskojęzyczne rozmowy, będę dawał znać.

I naturalnie widzimy się za rok, słyszymy się z relacjami tu i tam, a może jeszcze przydarzy się jakaś niespodzianka. OFF to wciąż festiwal, o którym myślę przez całe dwanaście miesięcy między poszczególnymi edycjami, na który czekam i dzięki któremu poznaję muzykę, której następnie intensywnie słucham. Lubię tamtejsze zaskoczenia i zawsze żałuję pominiętych wykonawców - tak długo, jak to się dzieje, nie widzę powodów, by tracić zaufanie do tej imprezy. Nawet jeśli nie pojawiam się później na zdjęciach na jej social mediach.

A teraz wracam do gotowania rosołu dla zdrowia. Takiego z imbirem i chili.

Smoq

PS. Tytuł stąd.

Komentarze

Najczęściej czytane

Porządek publiczny to przecież wasza sprawa

Nie brakowało okazji, by usłyszeć o Fontaines D.C. . Dubliński skład wydał właśnie swój pierwszy longplay, poprzedzony kilkoma singlami. W zeszłym roku zagrali na katowickim Off Festivalu, oprócz tego dopisuje się ich do brexticore'u. Dziś słuchamy albumu Dogrel . Dobra, ale czym właściwie jest ten cały brexitcore? Nietrudno się domyślić po nazwie: to muzyka powstała na fali komentarzy na temat Brexitu oraz całej sytuacji społeczno-politycznej, która do niego doprowadziła. Bywa, że hasło "muzyka zaangażowana" zdaje się być naiwne, dziś rzadko kiedy się ona zdarza, a jeśli nawet – raczej bywa wyśmiewana. Przynajmniej w sytuacji naszego nadwiślańskiego kraju – gdy VooVoo lub inne trójkacore chce mi w 2019 roku przekazać cokolwiek o buncie czy obywatelskim nieposłuszeństwie, ogarnia mnie pusty śmiech. Niech wypierdalają z tymi swoimi miękkimi fotelami, w których siedzą. Sam też siedzę w ciepłym i wygodnym pokoju, ale w swoim buncie mam jeden przywilej, którego im już...

Każdy chciał mi coś doradzać, ale ja mam swój pomysł

  Cudne były wczoraj The Last Dinner Party . Widziałem je mniej więcej półtora roku temu, choć akurat nie na Inside Seaside, a za granicą, i już wtedy ich charyzma, prezencja sceniczna i radość mi się udzieliły. Tym razem jednak miały już na koncie dwie płyty, a przede wszystkim czas na pełny set, dziewiętnaście numerów, odpowiednio 11 z nowego krążka i 8 z poprzedniego. Dwie godziny grania – i to najuczciwszego z możliwych, na wiele głosów i szereg instrumentów (w tym mandolinę i keytar). Może tylko setlistę można było ułożyć nieco inaczej, żeby nie zmieniać co chwilę gitar. Ta czasówka nie wzięła się znikąd, bo Abigal jest MEGA gadatliwa, kontakt z publicznością należał do tych maksymalnie serdecznych. Na scenie pojawiły się dwie polskie fanki, które zatańczyły do This Is The Killer Speaking , w którym zresztą raz przed refrenem zamiast "good morning" padło "dzień dobry". Pojawił się transparent "welcome back queen Jadwiga" odczytany ze sceny ze zdziwien...

Underneath all the thundering there's magic

Powiem wam, że zespoły zespołami, ale ja naprawdę uwielbiam Fontaines D.C .  Odkąd usłyszałem ich surowe demówki jeszcze przed Dogrel aż do chwilowych wątpliwości w kwestii upopowienia brzmienia – jest to po prostu kawał grania z sugestywnymi tekstami. Pomaga im też świadomość ograniczeń wokalnych, mimo że ewidentnie jest coraz lepiej, to studyjnie nie ma tu żadnego wstydliwego momentu. Cały czas za to żałuję, że nie wybrałem się do cholernego Pogłosu na ich koncert na względnym początku kariery. I tak słucham sobie punkowego w duchu Big czy Too Real , stadionówek w rodzaju Bloomsday czy In The Modern World , potem dość łagodnych pioseneczek jak Jackie Down The Line albo Favourite i każda z takich szufladek zostaje szybko przełamana, na Dogrel też są uśmiechy w stronę przebojów, na Skinty Fia grube klamry w postaci In ár gCroithe go deo i Nabokova , a na Romance chociażby potężny Death Kink . Z A Hero's Death muszę się w końcu przeprosić, bo to dobry album, ale cały czas...